Na co dzień zabezpieczamy serwery, komputery, aplikacje, dostęp do pomieszczeń i budynków. Pewnie niejednemu specjaliście od bezpieczeństwa przyszło do głowy, że warto byłoby także zadbać o bezpieczeństwo własnych dzieci. Jako, że dysponujemy całym bogactwem aplikacji i rozwiązań technicznych, to podejścia mogą być różne: monitorowanie sieci, ograniczanie dostępu, śledzenie telefonów... Jednak ograniczanie stawia dzieci w nierównej pozycji w stosunku do ich rówieśników. Jaka jest granica między "paranoją zagrożeń", w którą łatwo może wpaść ktoś zajmujący się zawodowo bezpieczeństwem, a wolnością młodego człowieka?
Trafiłem na ciekawy artykuł napisany przez Joan Goodchild (nomen omen). Jeden z opisywanych tam profesjonalistów przeprowadził badania (no może to trochę za dużo powiedziane), z których wynika, że większość stosuje jakieś aplikacje monitorujące lub blokujące dostęp do stron internetowych. Ok. 25% z nich robi to bez wiedzy dzieci. Skutki takich działań w przyszłości będą odwrotne do zamierzonych. Wprawdzie teraz nie ma problemu (oddzielamy problem od dziecka), ale wkrótce problem wróci ze zdwojoną siłą - dziecko nie będzie umiało poradzić sobie z problemem, gdy spotka go na komputerze u kolegi. Wkrótce zresztą taniejące usługi mobilne pozwolą na ominięcie wszelkich barier stawianych przez rodziców.
Jak wynika z badań 16% nastolatków posiada prywatne konta e-mail lub inne ukryte przed rodzicami, a 2/3 ogółu badanych dzieci wie jak to zrobić. 11% ominęło lub odblokowało filtry rodzinne założone na ich urządzeniach.
Zatem rozwiązaniem jest rozmowa, wyjaśnianie, ewentualnie monitorowanie za wiedzą dzieci. Blokowanie powinno być stosowane z umiarem i rozwagą.
Źródło: http://bit.ly/c6YlAY



Odpowiedzi
Dodaj nową odpowiedź